Skip to content

ze spraw, które się myślą

mówi mi, że czasy nigdy nie były dobre, i prawdopodobnie on ma rację, a nie ja, która jednak idealistycznie o powojniu sobie myśli – że jak człowiek doświadczył tragedii większych niż tramwaj dopiero za piętnaście minut, to ponownie do nich dopuścić nie chciał. może więc lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte (i dalej) były dla tej części świata jednak najszczęśliwsze? mimo nocy nieprzespanych, podczas których wielu pilnowało kawałków chleba pod poduszką ukrytych, to niechciany tatuaż na ich rękach być może przypominał: aby nie było zła, nie wystarczy go nie robić, trzeba produkować dobro. stąd może plan marshalla, europejska wspólnota węgla i stali i flaga ze złotych gwiazdek na błękitnym tle. mówi się wiele o dziedziczeniu traumy, bo małe zagłady i inne wrażliwe jak porcelana anny janko i magdaleny tulli, ale tego kwiatu to chyba wcale nie pół światu, skoro na rynku jednego z największych miast w polsce można dziś spalić kukłę żyda, obcokrajowcom w białymstoku zalecić pozostanie w domach, gdy maszerują narodowcy, a mniejszości ukraińskiej w przemyślu maszerować w ogóle nie pozwolić. drżysz w posadach, niemądry świecie

wiele rzeczy robiłam w życiu, ale meczu nie oglądałam nigdy – aż do ubiegłego czwartku. byłam prawdziwie wzruszona, gdy cały pub wrocławski stanął na baczność bo jeszcze polska nie zginęła. człowiek to w swojej mądrości jest jednak zawsze głupszy, niż mniema – tyle tyrad na temat małości piłki nożnej wygłosił niepotrzebnie. później wracam przez stygnący wrocław, który pachnie tak, że zawroty głowy, tylko że ich źródła nazwać nie potrafię, w czym nie pomoże mi nawet google, więc porażka absolutna. bo staję się nagle tą bezmyślną masą z wiersza poświatowskiej: to maciejka tak pachnie, a ludzie mówią – wieczór. że nie-wieczór wiem, ale też nie jestem pewna, czy akurat maciejka

od miesięcy zastanawia mnie podejrzanie duża waga pęku kluczy, które noszę, siadam więc na ławce przy teatrze lalek i rozkminiam dlaczego. ten od domu, ten od pracy jednej, ten od drugiej, tym przypinam rower. i nagle mam: katowice. okazuje się, że wciąż mogłabym do nich pojechać, dotrzeć na osiedle tysiąclecia, windą wjechać na jedenaste piętro, a przecież ostatni raz byłam tam w październiku. odpalam papierosa. pani w ortalionie spaceruje z pudlem na smyczy, kurier taszczy olbrzymią paczkę, na drugim piętrze źle urodzonego bloku okna są otwarte na oścież. podlatuje do mnie wróbelek, no siemanko. przypominam sobie, że mimo wszystko trzeba iść żyć, nieustannie machać skrzydłami, jak ta mucha, która wpadła do mleka. nie utopiła się tylko dlatego, że ubiła z niego śmietanę

3 komentarze

  1. bałwi bałwi

    doczekanie moje

  2. La vita e bella, profumo fiori in breslavia, la testa in cielo e padre qe te guarda amore mio

  3. Wow! Jest coś urzekającego w Twoim pisaniu – zmusza do refleksji!
    „i tak sobie żyję, ja i moje milion myśli na sekundę. siadam na ławce w parku przy teatrze lalek i odpalam papierosa.”
    Niby proste, a tak pozwala zajrzeć wgłąb siebie…
    pozdrawiam!

Dodaj komentarz