Skip to content

wiatr pędzi po drogach

soba zdanewicz ma barwę łąki, co jest szczególnie spektakularne, gdy słońce – wtedy obie wydają się być ze złota i w zasadzie trudno rozpoznać, gdzie jedna się kończy, a druga zaczyna. nie gubimy tej pierwszej tylko dlatego, że co chwilę podbiega z patykiem w pysku i prośbą, by jej go wyrwać i rzucić w świat. nie da się ukryć: zwariowałam na punkcie własnego psa, ale jest taki mądry, że będąc oświaty kagańcem nie sposób było postąpić inaczej. sprawa jest na tyle poważna, że odkąd jestem w domu (już ponad tydzień) nie przeczytałam ani jednej stronicy czegokolwiek, co nie byłoby związane z pracą, choć przywiozłam ze sobą na przykład księgę szeptów (polecała ekruda, czytajcie ją we wszystkich nadchodzących nowych rokach, nieczęsto zdarza się, że blogerem książkowym jest ktoś kompetentny), a wyjadę z pięcioma tomami dzieł zebranych stendhala, naną zoli i romantyką małych portów janusza roszki. strońska biblioteka wyprzedaje dobra za symboliczną złotówkę, jutro zamierzam tam wrócić po więcej. już dawno pogodziłam się z faktem, że jedyne, czego się w życiu dorobię, to książki, sukienki i zmarszczki na czole, choć jest też opcja, że najpierw to sobie (sic!) wymyśliłam, a teraz tylko dostosowuję się do tej tezy z konsekwencją wartą większej sprawy

gdyby w święta rozpisać mnie na dźwięki, byłabym preisnerowską kolędą dla nieobecnych. odkąd pustych talerzy na wigilijnym stole powinno stać o wiele więcej niż tradycyjny jeden, nie potrafię cieszyć się tym czasem. i – tak szczerze – w ogóle się nie dziwię, że najwięcej samobójstw popełnianych jest akurat w boże narodzenie. po głosach tych wciąż drży powietrze, i w żaden inny dzień nie napierdala o ściany tak mocno jak 24 grudnia. muszę jeszcze przeżyć ósmy dzień stycznia mimo bóli porodowych w sercu, później będzie wiosna, big book festiwal, nowe horyzonty, literacki sopot. na opalonej duszy pojawią się piegi i będę rzucać to wszystko, co złe – z beztroską godną zbigniewa wodeckiego. na spokój nie liczę – gdy kilka dni temu wróciłam ze spaceru po młynowcu (idę, ciagle idę, wiatr pędzi po drogach), drzwi otworzyła mi mama cała w łzach. zanim zdążyłam umrzeć ze stresu pod tytułem co tym razem, świecie, okazało się, że na tvp kultura właśnie ukrzyżowano spartakusa. cóż, genów nie oszukam. tobie zresztą też się to nie uda

na dwa tysiące siedemnasty rok życzę nam jak najwięcej szczęścia, bo pasażerowie titanica byli zdrowi, a wiadomo, jak skończyli. oby nam się! na początek chciałabym przestać być kochaną przez wszystkich kolegów mojego brata, bo ileż można serwować czerninę, w ogóle nie jest to przyjemne – także dla nalewającego. pierwszy raz w życiu wizja walentynek budzi we mnie strach. każdemu nie według potrzeb

One Comment

  1. Przestałam słuchać preisnerowskiej kolędy dla nieobecnych i już staram się nie przeżywać tego, że brakuje mi tak wielu głosów przy stole. Zdecydowanie dzięki temu jakoś lepiej przeżywam Święta. Cieszę się z tego, co mam, kto ze mną jest i zarażam tą radością tych obecnych, bo przecież za niedługo i to może się zmienić. Więc Carpe diem, zwłaszcza w Święta!

    A w nowym roku życzę kochania nie przez wszystkich kolegów brata, lecz tylko przez jednego – tego najlepszego :) I oczywiście iście literackiego szczęścia!

Dodaj komentarz