Skip to content

słońce zamiast kozetki

doprawdy, kocham się w tym słońcu i absolutnie mnie nie dziwi, że kiedyś było bogiem. noszę w sobie takie wspomnienie: lato, ogród prababci marii bojdowej, jestem jeszcze bardzo mała, ale już można mi wytłumaczyć, że słoneczniki obracają się do słońca. i później wyrastam na takiego słonecznika. spiesząc się przedwczoraj do redakcji, pomyślałam, mrużąc oczy: słońce zamiast kozetki

(z tego ogrodu jeszcze dwie inne historie: wejścia do niego strzegł wielki pies, nie mogę sobie przypomnieć jak się wabił, ale miał adhd i cały czas szczekał. żeby ktokolwiek mógł przejść przez furtkę, musiał pojawić się stryj albo paweł albo tomek, i go przytrzymywać. i jeszcze że pierwszy raz zbierałam tam poziomki, lato raczej zbliżało się już ku końcowi, a krzaki zdobiły krople deszczu. babcia mirka tłumaczyła mi wtedy, że poziomki to takie mini truskawki. z ogrodem graniczył warsztat stolarski stryja, to już w ogóle był raj, brodziło się w trocinach i zawsze tak pięknie pachniało tam drewnem. z kolei z prababcią kojarzę głównie wielki szacunek, którym darzyłam ją od najmłodszych lat – wcześnie dowiedziałam się, jak bardzo walec historii pokiereszował jej życie, chciałabym o tym kiedyś napisać – na powitanie zawsze całowałam ją w rękę, moja mama jest wyczulona na takie sprawy, i słusznie, ja po niej też jestem)

rozmyślałam ostatnio kwestię tego, jakie możliwości manewru ma człowiek, który wyrządził komuś krzywdę (kto nigdy nie – niech pierwszy rzuci kamieniem). wyżynami szlachetności są przeprosiny, ale do tego potrzeba odwagi. jeśli ktoś ma zajęcze serce, zapewne po prostu nie powinien afiszować się ze swoim istnieniem, znikając swojej dawnej ofierze z pola widzenia. najgorszy jest jednak przypadek emocjonalnego debila, który albo w ogóle nie wie, co uczynił, albo w bezczelności swojej nie stroni od konfrontacji. w ubiegłym tygodniu napisał do mnie ktoś w sumie nieważny, który jednakże bardzo się kiedyś nie popisał, a teraz postanowił wyznać, że kocha mnie czytać. ponieważ osiągnęłam już status oceanu spokojnego, jedyną emocją, którą odczuwam w związku z tą historią, jest politowanie. poważnie zastanawia mnie jednak to, jaka idea przyświeca ludziom, którzy śmią po raz drugi pakować się z butami do czyjegoś łóżka? okolicznością łagodzącą w takiej sytuacji może być wyłącznie utrata pamięci lub choroba psychiczna

nie chodzi jednak o to, że w tę piękną, słoneczną niedzielę, zawładnął mną niski instynkt wzięcia choćby słownego odwetu na nieszczęśniku z zamierzchłej przeszłości. skłonił mnie po prostu do przeczytania tego, co tu sobię tworzę (gdy już kliknę publikuj, nigdy więcej tego nie robię) i była to lektura bardzo odkrywcza, bo jest w tych słowach więcej smutku, niż było rzeczywiście w życiu. smutek jest więc być może moją ulubioną formą, ale z całą pewnością nie treścią – słucham na to zdecydowanie za dużo prince’a, kołysząc biodrami, no i przecież od lat mam romans ze światem. i tak myślę, że poważną kandydatką do miana najgorszej frazy, którą można wypowiedzieć na łożu śmierci, jest: chyba jednak miałam dobre życie. a ty, jaki masz typ? dobry wieczór, tylko poważne propozycje

One Comment

  1. m m

    Ponoć autor „Greka Zorby” chciał na łożu śmierci pożegnać ukochane owoce morza. Nie wiem, czy mu to się udało :)

Dodaj komentarz