Skip to content

przyszłość przypomina teraźniejszość

ramiona mam całe w słońcu (było w zenicie, gdy grałam z jagodą w badmintona), będą na nosie piegi z tej niedzieli. mrużąc oczy nad czytaną w hamaku wojną i terpentyną hertmansa, doszłam do wniosku, że osiągnięcia kopernika są zdecydowanie przeceniane. wysnucie teorii heliocentrycznej nie mogło być przecież szczególnie trudne – no halo, skoro mój świat kręci się wokół słońca, to czemu cały glob miałby nie robić tak samo?

z księgi zachwytów: mój świat wiedzy. kosmos już w kioskach oraz rudy kot marka, który przytula się do mnie, gdy jestem smutna. a jestem (to już do księgi rozpaczy), bo przeczytałam głód caparrósa. to książka totalna – niby reportaż, ale i esej, rozprawa socjologiczna, raport do organizacji narodów zjednoczonych, który czyta się jak powieść. wyzwala całe spektrum emocji – od łez nad krową jako szczytem marzeń (niespełnionych), po wkurwienie na przykład na matkę teresę, która ufundowała sto zakonów, ale ani jednego szpitala w kalkucie. mnóstwu z tych siedmiuset ciężkich stron pozaginałam rogi, ale po jedno zdanie nie muszę tam wracać, bo serce bardzo dobrze je zapamiętało: że przyszłość głodujących za bardzo przypomina ich teraźniejszość. tymczasem ja za chwilę przeprowadzam się do marka, plany mam ogromne i momenty, gdy wydaje mi się, że przede mną bezkresne morze. i jeszcze ten pełny brzuch, sprawa tak samo przypadkowa jak uroda – przyjście na świat w najpierwszym ze światów/ wygrana w loterii genów. bez sensu

poniekąd nie ma go także czytanie głodu. żeby nie było – to literacki majstersztyk. wrażliwość, ironia, totalne wyczerpanie tematu. ale sam martin caparrós zdawał sobie sprawę, że:

ta książka to porażka. najpierw dlatego, że porażką jest właściwie każda książka. że badanie czegoś, co stanowi największą klęskę ludzkości, może przynieść tylko klęskę. (…) czasem jednak warto ponieść klęskę. chybić. chybić jeszcze raz, chybić lepiej

któryś z recenzentów dwutygodnika forsował tezę, że w samym fakcie dowiedzenia się o problemie i nim przejęcia tkwi już jakaś wartość (przynajmniej się dowiedz), lecz moim zdaniem jest ona żadna, skoro później smaruje się chleb grubą kołdrą masła (margaryna nie smakuje), smaży zielone szparagi (kupując je zawsze, bez względu na cenę), a do tego gotuje jajko na jebane półmiękko, bo akurat ma się taki kaprys

przeczytanie tego wpisu zajmuje, powiedzmy, trzy minuty. tylko w tym czasie z przyczyn związanych z głodem umarło sześćdziesiąt osób. niedożywione matki rodzą niedożywione dzieci, głodni ojcowie nie mają siły pracować (a co za tym idzie – buntować się, choć i tak nie wiadomo dokładnie przeciw komu mieliby), nędza odbiera im możliwość myślenia inaczej niż dotychczas, skazuje na nieuchronność. ich przyszłość przypomina teraźniejszość, a przede mną bezkresne morze. ależ to nie fair

3 komentarze

  1. Maguda Maguda

    To niestety prawda, zgadzam się z Tobą. Jednocześnie myślę, że i tak trzeba przeczytać tę książkę. I właśnie nie „warto” a „trzeba”.

  2. pytajnik pytajnik

    Jebane dosko w punkt.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      cieszę się, że się zgadzamy.

Dodaj komentarz