Skip to content

to moment przypominający otwarcie butelki szampana

żyję ostatnio totalnie poza czasem; o tym, jaki jest dzień tygodnia, dowiaduję się przypadkiem: na przykład gdy daria pyta, czy dziś się widzimy (co oznacza wtorek), albo po telefonie od babci, że małgosiu, nie zapomnij pójść dzisiaj do kościoła (janinka jest jedyną osobą na świecie, którą z premedytacją okłamuję i w dodatku nie zamierzam przestać, co jest niezbyt piękne, choć czynione z miłości). godziny też się nie liczą, śniadania jadam najwcześniej o trzynastej, a jeśli podczas nocnej imprezy dzwoni mi budzik, nikt z moich znajomych nie jest zaskoczony. nie chodzi o to, że w ogóle nie odmierzam życia, czynię to po prostu według spraw, które naprawdę mają znaczenie – typu dedlajn, albo od kawy do kawy (zwłaszcza, że zdarzają się takie, które smakują bardziej niż zwykle). dobrą metaforą na tę sytuację jest ciasto drożdżowe, które rośnie, by przelać się przez formę, co zrozumie każdy fan anny świrszczyńskiej

czytam wywiad i w nim pytanie o to, co najbardziej wzrusza. zatrzymuję się, by samej sobie udzielić odpowiedzi. pierwszą mą myślą jest wówczas: ludzie dźwigający siatki z zakupami. trochę zaskoczenie, ale to w sumie prawda. choć oczywiście nie brakuje też spraw bilion razy większego kalibru – treny kochanowskiego albo rozmowa z najlepszą przyjaciółką o tym, że nigdy nie zaprosimy się na swoje potencjalne śluby, co w dodatku każda z nas doskonale rozumie. i jeszcze wojciech młynarski i że już w zielone nie gramy

ten wpis miał nie powstać, bo dwudziesty pierwszy dzień marca muszę przywitać wyjątkowo wcześnie, prawda jest chyba jednak taka, że żadna noc nie może skończyć się inaczej niż pisaniem. i czytaniem dziennika zimowego, bo aktualnie chodzę do łóżka z paulem austerem. przy nim zdołałam nazwać, jakie pióro lubię najbardziej: gdy stawiane przez nie znaki gęste są i lepkie. i tu kolejna kwestia (och, to, co nazywam mną, jest jak pudełko ukryte w drugim pudełku, by posłużyć się diagnozą orhana pamuka) – o czym oświaty kaganiec w ogóle jest, bo jedna pani napisała mi, że chciałaby bardziej o książkach niż o mnie. zastanowiłam się nad tym przez chwilę, w sensie, że może to rzeczywiście nader narcystyczne? ale jednak nie, bo zapisuję to, o czym sama najbardziej lubię czytać – na przykład właśnie u austera, który babrze się w pamięci, kolanach stłuczonych w dzieciństwie, pierwszych gęsich skórkach, rzucanych słuchawkach. to są przecież rzeczy najważniejsze na świecie. a książki jednak przede wszystkim od czytania, nie od o nich pisania. a w ogóle to andrzej bobkowski: czuło się jej nadejście w sobotę. to moment przypominający otwarcie butelki szampana: korek powoli wysuwa się, ciężko i opornie, a potem nagle pyk – jest wiosna. witaj, najlepsza. dobrze, że wróciłaś

2 komentarze

  1. dada dada

    jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął

Dodaj komentarz