Skip to content

„małe życie”. emocjonalny terror

jest to jednak irytujące, gdy na co drugiej obwolucie czytasz, że oto znajduje się pod nią absolutnie najgłośniejsza książka roku/dekady/stulecia, że wydarzenie, literatura wielka jak wóz wiadomo który, i że dokładnie tak pisałby współczesny fiodor dostojewski/dante alighieri/i najpewniej homer też. niespełna rok po amerykańskiej premierze, z opinią arcydzieła totalnego i w ogóle must read, w ręce polskich czytelników trafia małe życie hanyi yanagihary. wszyscy chcieliśmy to wiedzieć: warto czy podpucha znów?

akcja powieści niby rozgrywa się w nowym jorku, ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, gdyż tło historyczno-społeczne nie jest zarysowane tu wcale, co bardzo mi się nie podoba. małe życie rozgrywa się poza czasem, głównie we wnętrzach (i ludzkich, i architektonicznych), a jego treść stanowią przede wszystkim dialogi. jest też koniec końców dziełem przegadanym, szczególnie na ostatnich dwustu stronicach.

bohaterów małe życie ma kilku, ale głównym jest jude, szanowany prawnik. w życiu prywatnym wycofany, stroniący od najdrobniejszego kontaktu fizycznego. mężczyzna kuleje (ale nie zawsze kulał), a swoje ciało skrywa skrzętnie, bo całe w bliznach. powolne odkrywanie jego tajemnicy jest siłą napędową tej książki, kolejne stronice z zaciekawieniem przewracamy po to, by dowiedzieć się skąd blizny? i co to za trauma? tymczasem odpowiedź zakrawa na emocjonalny terror – przeszłość juda okazuje się tak bardzo pełna okropieństw, że w pewnym momencie zaczyna wydawać się trochę nieprawdopodobna. czyżbyśmy mieli do czynienia ze współczesnym hiobem?

w tamtych dniach był rozdarty pomiędzy rezygnacją, że jego życie będzie już zawsze takie, jakie jest, a nadzieją, maleńką, głupią i upartą, że mogłoby być inne. równowaga między rezygnacją a nadzieją zmieniała się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę. nieustannie próbował zdecydować, jaki ma być – czy ma myśleć o pogodzeniu się, czy o ucieczce.
(fragment książki)

yanagihara popada ze skrajności w skrajność, bowiem o wykreowanym przez nią świecie nie można powiedzieć, że jest do cna beznadziejny i smutny. pod wieloma względami to wręcz utopia, bo opiera się na naiwnym założeniu: skoro zło już musi istnieć, to niech je później dobro sowicie wynagrodzi. oprawcom zasłużona kara, a ofierze szczęście, sukces, miliony dolarów na koncie. w małym życiu nie masz jak popełnić samobójstwa, bo choć już wiążesz sobie pętlę na szyi, to przed śmiercią niechybnie uratuje cię twój przyjaciel, którego akurat coś tknie i wpadnie z wizytą w twe progi. na kartach tej powieści nie istnieją podziały klasowe czy rasowe, tu nikt się nie dziwi płynności orientacji seksualnej, i temu, że nie kocha się mężczyzny czy kobiety, penisa czy obfitego biustu, tylko człowieka. możesz zostać zaadopotowany w wieku 30 lat, a przybrani rodzice zaakceptują każdy twój wybór i wybaczą trzydziesty wybryk z rzędu. wszystko świetnie, tak powinno być. tylko że nie jest. a rekompensowanie wadliwej rzeczywistości owszem, też jest zadaniem literatury, ale chyba innego gatunku niż powieść

moje serce daje tej książce dużo, celujący może nawet, ale mózg obniża notę o połowę. najpewniej oznacza to, że małe życie to naprawdę wielkie emocje, ale literatura – taka sobie.

zdj. polskieradio.compowyższe zdjęcie pochodzi ze strony polskiego radia.
Hanya Yanagihara, Małe życie, przeł. Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2016, s. 816.

2 komentarze

  1. Cieszę się,że poznałam autorkę bloga. Polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Książkę postaram się przeczytać.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      Pani Grażynko, dzień dobry! Liczę na spotkanie gdy tylko ponownie zawita Pani do Wrocławia.
      Serdecznie pozdrawiam :)
      gosia

Dodaj komentarz