Skip to content

książęta | co czytałam, gdy nie pisałam?

świat rozprasza mnie na tyle, by zaniedbać bloga, ale nie aż tak bardzo, by zasnąć inaczej niż po lekturze. przy łóżku piętrzą się książęta rozpoczęte, którymi rządzi zasada dokładnie odwrotna, niż pieniędzmi na moim koncie – więcej ich przybywa niż  ubywa, co zresztą pozostaje ze sobą w ścisłym związku. co przeczytałam, gdy nie pisałam? chodźcie, jest tutaj kilka znakomitych tytułów, które trzeba znać.

codzienne rytuały. jak pracują wielkie umysły masson currey

IMG_20160328_081534

beethoven na śniadanie pił kawę zaparzoną z dokładnie sześćdziesięciu ziaren, gdy strawińskiego dopadała niemoc twórcza – stawał na głowie, a woody allen pobudza szare komórki, biorąc prysznic w wodzie niemalże wrzącej. zapowiada się pysznie, prawda? przecież uwielbiamy takie anegdotki. kłopot w tym, że aby wyłuskać je z tej książki, potrzeba anielskiej cierpliwości i gotowości do zderzenia się z bezbrzeżną nudą, która panoszy się między wierszami. w temacie tkwił potencjał, który zrealizowano po łebkach i powierzchownie. rozczarowanie.

 

łebki od szpilki, agnieszka szpila

IMG_20160806_141730

nie wiem, czy łatwe życia w ogóle się zdarzają, ale agnieszce szpili – mamie dwóch chorych córeczek, która dość brutalnie rozstała się z ich ojcem – nie przytrafiło się na pewno. jakkolwiek za hart ducha należy jej się chapeau bas i podziw najszczerszy, tak za książkę już niekoniecznie. metafizyczny bełkot ma to do siebie, że pozostaje metafizycznym bełkotem niezależnie od tego, kto go wygłasza, a – jak pisała justyna sobolewska o małym życiu – „wielkie cierpienie nie gwarantuje jeszcze wielkiej literatury”. dawno nie czytałam książki, która byłaby tak bardzo pozbawiona fabuły. gdy wypatrzę ją w tesco w koszu pełnym dzieł za pięć dziewięćdziesiąt dziewięć, nie będę zaskoczona. niestety.

 

mężczyźni z różowym trójkątem heinz heger

sdr

cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko za to pokutować? czy byłem zboczeńcem albo zagrożeniem dla narodu? pokochałem przyjaciela, mężczyznę – i nie był to młodociany, tylko 24-letni, dorosły człowiek! nie widziałem w tym niczego strasznego czy niemoralnego. co to za świat i co to za ludzie , którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać?

wśród feerii barw, którymi hitlerowcy znakowali więźniów swoich obozów, znajdował się także słodki róż. przeznaczono go dla homoseksualistów, czyli jedynej grupy, którą prześladowano również po wojnie, odmawiając jej prawa do zadośćuczynienia i renty. bo paragraf 175, zakazujący współżycia z osobami tej samej płci, obowiązywał w niemczech do końca lat sześćdziesiątych. jak wyglądało życie w homobarakach? na przykład spać można tam było z rękami obowiązkowo wyciągniętymi na kocu, co miało powstrzymać „spedalonych skurwieli” (tak musieli się meldować na apelu) przed masturbacją (która udziałem „zdrowych”, heteroseksualnych osób nie staje się przenigdy). odbywały się tam także standardowe, wielogodzinne apele na mrozie, nie były jednak formą tortur, lecz próbą terapii – zgodnie z upiorną, nazistowską logiką, trudno pozostać „ciepłym” przy minus dwudziestu stopniach celsjusza. nadludzcy kapo nie stronili przy tym od kontaktów seksualnych z ciemiężonymi gejami, no ale z nimi było przecież wszystko w porządku, bo w odległych hamburgach czy wiedniach czekały na nich aryjskie żony. całość najpierw skłoniła mnie do refleksji, że homoseksualiści nie mają dziś jednak tak bardzo źle, ale po chwili przypomniałam sobie, że nie najgorzej nie jest właściwym punktem odniesienia. ważna książka na ważny temat.

 

wróżenie z wnętrzności, wit szostak

IMG_20160330_210507

kiedyś rozmawiali, a teraz rozmawiają tylko wtedy, kiedy mają gości. potem, kiedy poza nami na dworcu nikogo nie ma, milczą do siebie całymi dniami. dalej się lubią i kochają pewnie, więc milczą uprzejmie, miło milczą, mijając się w poczekalni, albo na schodach. ale nie mają o czym rozmawiać, bo za dużo rozmawiali na początku swojej miłości. wtedy siedzieli nocami i szeptali sobie różne rzeczy, opowiadali sobie historie prawdziwe i zmyślone, opowiadali siebie i swoje miłości, i swoje zainteresowania, i pasje, sztukę sobie opowiadali i dzieciństwo. a teraz już wszystko zostało opowiedziane i nie ma słów pomiędzy nimi, bo nie ma już w nich świata poza ich wspólnym światem, a po co mówić o tym, o czym się wie?

gdyby termin literatura piękna nie istniał wcześniej, na pewno ktoś by na niego wpadł po lekturze tej książki. każde zdanie ma tu gęstość poezji, co jest równie wspaniałe, co dla mózgu niełatwe, bo po kilku stronach doznaje przebodźcowania i domaga się chwili wytchnienia. wróżenie z wnętrzności – melancholijne, nastrojowe, oniryczne – podczytywałam więc sobie spokojnie przez kilka miłych miesięcy. brakuje tu nieco poczucia humoru, które szostak ma przednie (kto czytał dumanowskiego, ten wie), ale za to są być może najpiękniejsze erotyczne fragmenty ever (bo subtelne) i kilka prawd o świecie, w które jestem w stanie uwierzyć. jak idzie pisanie, pyta czasem mateusz. jak życie, odpowiada sara. no sami widzicie.

 

myśl to forma odczuwania, susan sontag

myśl to forma odczuwania

czytanie to dla mnie rozrywka, oderwanie myśli, pocieszenie, małe samobójstwo. kiedy nie mogę już znieść świata, zwijam się w kłębek z książką, tym małym statkiem kosmicznym, którym odlatuję daleko od wszystkiego. (…) książki są czymś więcej. to sposób na osiągnięcie pełni człowieczeństwa.

krótka piłka, bo wiadomo: królowa susan sontag urządza wyłącznie intelektualne uczty.

.

świat się chwieje, 20 rozmów o tym, co z nami dalej grzegorz sroczyński

IMG_20160410_131907

katalog pytań trafiających w sedno tego, co zaszło, że świat chwieje się w posadach. po lekturze można pożegnać się z dobrym samopoczuciem, bo odpowiedzi są jak ziarnko grochu, na którym nie sposób dłużej spać wygodnie. wszystko, czego dowiedziałam się z tej książki, sprawiło, że jeszcze bardziej nie rozumiem, jak na tej skądinąd pięknej planecie (gdzie 1% najbogatszych ludzi ma więcej pieniędzy niż wszyscy pozostali, a co pięć sekund z głodu umiera dziecko poniżej dziesiątego roku życia) można nie być lewicowcem. książko, jeszcze do ciebie wrócę.

.

mała zagłada, anna janko

IMG_20160804_213407

Zabrałam ci twoją historię, mamo, twoją apokalipsę. Karmiłaś mnie nią, gdy byłam mała, szczyptą po trochu, żeby mnie tak całkiem nie otruć. Ale się uzbierało. Mam ją we krwi. (…) Co mam z tą naszą historią zrobić teraz? Moje dzieci jej nie chcą. Włożę ją w szczelne zdania, w zamknięte akapity.

dziewczynka z grzywką, która spogląda na nas z okładki małej zagłady nazywa się teresa ferenc. kilka miesięcy wcześniej tymi samymi oczami patrzyła na niemców zabijających jej matkę, ojca, ciocię, wujka i w ogóle większość ludzi, jakich zdołała poznać w trakcie dziewięciu lat swojego istnienia. dlatego jeśli nieco się dziwimy, czytając w tej książce, że szczęście w nieszczęściu to czasami największe w życiu szczęście, to chyba jedynie szlachetności frazy. czternaście lat po tych wydarzeniach (w podręcznikach historii określanych – dość eufemistycznie – mianem pacyfikacji zamojszczyzny) już dorosła teresa (piękna kobieta) rodzi córkę. jest nią właśnie anna janko, która prowadzi tę opowieść o traumie. gdy pisze, że jako kilkuletnia dziewczynka na widok swej rodzicielki „bez powodu” wpadającej w gniew lub zanoszącej się łzami myślała: moja biedna, mała mama, mi także chce się płakać i już sama nie wiem, nad którą z nich bardziej. ambicja małej zagłady sięga przy tym o wiele wyżej, niż wywoływanie wzruszeń czy rzucanie oskarżeń; wydaje mi się, że została napisana po to, aby zrozumieć pamięć. i to się udaje.

.

mam na imię lucy, elizabeth strout

mam na imię lucy

to książka napisana najsubtelniejszymi ultradźwiękami, których znaczeń można z łatwością nie dosłyszeć. szczęśliwie po lekturze przyszło mi wykrzyczeć swoją małą eurekę. rzecz o wstydzie, biedzie i niełatwych relacjach z rodzicami. jestem na tak.

.

wielki przypływ, jarosław mikołajewski

IMG_20160807_201321

szpital żółwi zajmuje w porcie jeden z ostatnich pawilonów obok piaszczystego przesmyku, który prowadzi do ogrodzenia lotniska i do bramy z napisem DRZWI EUROPY widocznej od morza. to instalacja słynnego mimma paladino poświęcona tysiącom uchodźców z afryki, którzy utonęli w morzu śródziemnym. z biegiem czasu pewnie coraz mniej się będę wstydził skojarzenia tego szyldu z innym – ARBEIT MACHT FREI.
(fragment książki)

śmiem twierdzić, że to najpiękniej napisany reportaż na świecie i jeśli komuś zazdroszczę pióra, to właśnie jarosławowi mikołajewskiemu. choć bardzo lubię kłócić się z autorem bloga czytamrecenzuje.pl, w kwesti wielkiego przypływu muszę przyznać mu rację: to mała, wielka książka. opowiada o mieszkańcach lampedusy – włoskiej wyspy z plażą wielokrotnie uznawaną za miss world, u której wybrzeży rozbijają się łódki setek tysięcy uchodźców z afryki. zaledwie 136 stron mówi więcej o człowieczeństwie niż opasłe tomy, kurzące się na bibliotecznych półkach. must read.

.

zajeździmy kobyłę historii, karol modzelewski

IMG_20160728_205907

nie będę ich [młodych] zachęcać ani powstrzymywać od kontestacji. będą dostawać baty, ale to akurat nie powód, żeby dać za wygraną. każde pokolenie ma niezbywalne prawo żeby dostawać w skórę; to jedyne prawo człowieka, którego im reżim nie odbierze. na pewno nie będę im towarzyszył na ich ciernistej drodze, bo jestem na to zwyczajnie za stary. nie mam już sił ani zdrowia na żadne barykady. poza tym za dużo wiem. w świetle mojej wiedzy rewolucja jest albo niemożliwa, albo zbyt kosztowna, w każdym razie kończy się nie tak, jakbyśmy chcieli. rewolucjonista nie może tego wiedzieć. niewiedza go uskrzydla i pozwala dokonywać rzeczy niemożliwych, dzięki którym zmienia się świat. będzie on potem rozczarowany lub co najmniej nieusatysfakcjonowany zmianą, do której się przyczynił, ale to już inna sprawa.
(fragment książki)

nike 2014. autobiografia wybitnego mediewisty, karola modzelewskiego, który tworzył historię XX wieku. wraz z jackiem kuroniem wydalony z PZPR za list otwarty do partii, spędził w sumie osiem i pół roku w więzieniach polski ludowej. związany z opozycją, był pierwszym rzecznikiem prasowym „solidarności”, której zresztą sam nadał tę właśnie nazwę. zajeździmy kobyłę historii to najlepsze z możliwych świadectw epoki – napisane przez człowieka o nieprzeciętnym intelekcie, krytycznym spojrzeniu i wyważonych sądach – istotne także o tyle, że rzutujące na współczesną scenę polityczną (na kartach tej książki pojawia się i wałęsa, i macierewicz, i bracia kaczyńscy. jest też piękna historia o andrzeju czumie). wielka klasa. mój numer 1 spośród wszystkich książąt ostatnich miesięcy.

6 komentarzy

  1. Sroczyński zapowiada temat, odnosząc go do naszego podwórka. Polecam Cenę nierówności Stiglitza. To już nie ziarnku – to cały worek grochu. Ale w zamian dogłębna analiza problemu, napisana świetnie i przystępnie (choć dla wytrwałego czytelnia). Po przeczytaniu miałam wrażenie, że może świat oszuka mnie nieco mniej dzięki tej wiedzy. Bezcenny jest też olbrzymi wór argumentów (wiarygodnych i naukowych), którymi można potem obrzucać znajomych, którzy nadal wierzą, że kapitalizm jest idealny.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      Nie słyszałam o tej książce, więc dziękuję, chętnie rzucę na nią okiem :)

  2. „Wróżenie…” i „Małą zagładę” czytałam. I zawsze cieszy, gdy się dowiaduję, że nie tylko mnie ujęły mocno.
    A poza tym, ładne zdjęcia. :-)

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      Dziękuję! :)

  3. Marta Marta

    Piękny, wyczekany przeze mnie powrót! Winszuję Pani Małgorzato

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      pani marta onieśmiela mnie, rzekłabym, standardowo! :*

Dodaj komentarz