Skip to content

kiepskie wydanie – tego nie robi się książce

o tym, że najważniejsze jest wnętrze, świat wie co najmniej od czasów kuby rozpruwacza, nie ulega jednak wątpliwości, że zewnętrzny powab ułatwia każde fall in love, a – jak mawiał zdzisław beksiński – skoro już zmierzamy ku przepaści, to oczywiście lepiej pokonać tę drogę na fotelu, niż na kaktusie. tak samo jest z książkami: dobre słowo pozostanie dobrym słowem, nawet jeśli ktoś bardzo się uprze i źle je wyda, no ale to przecież niehumanitarne i zupełnie niepotrzebne. poniżej znajdziecie subiektywny przegląd nikczemności, których moim zdaniem nie robi się książce.

1) przypisy na końcu tomiszcza
nie potrafię tego w żaden sposób udowodnić, ale jestem przekonana, że w czeluściach piekła istnieje osobny krąg dla miłośników najpiękniejszej zabawy, jaką sobie ludzkość wymyśliła, w którym owszem, można oddawać się lekturze, ale tylko takich książek, w których przypisy umieszczono dopiero na końcu tomiszcza. w piekielnej bibliotece wypożyczyć można zapewne – skądinąd znakomitych – „beksińskich” magdaleny grzebałkowskiej, gdzie statystycznie pięć razy na jedną stronę trzeba wertować kartki ku końcowi, by zrozumieć rzecz możliwie najpełniej. tymczasem w niebie znajdują się chociażby stare, poczciwe beenki, w których przypisy umieszczono po bożemu – na każdej stronicy.

2) fatalne okładki
ocenianie książki po okładce to grzech. dlaczego? bo okładki nader często rozmijają się z prawdą. wydawnictwo sonia draga skrzywdziło na przykład dzieła eleny ferrante, sugerując, że to powieści dla kucharek, przeciwko którym zasadniczo nic nie mam, pod warunkiem, że rzeczywiście nimi są. i w ogóle – witryny księgarń zdobią obwoluty dosłowne aż do bólu, głównie ze zdjęciem, rzadko graficzne. smutno, bo to przecież wspaniałe pole do popisu. jeśli kiedyś ziemia wydawałaby się wam podejrzanie pięknym miejscem do życia, polecam zajrzeć na strony kolekcjonujące najbardziej żenujące okładki ever, na przykład na .

3) okładki filmowe
kilka miesięcy temu zamierzałam wzbogacić swoją biblioteczkę o „opowieść o miłości i mroku” amosa oza, ale zrezygnowałam, bo księgarnie oferowały jedynie wersje z natalie portman na okładce. jeśli chciałabym codziennie przypominać sobie, że nie jestem tak piękna, jak gwiazda „leona zawodowca”, kupiłabym raczej film na dvd. aktualnie dokonuje się drobną rzeź na wspominanych wcześniej „beksińskich” grzebałkowskiej, na pierwotną okładkę nakładając fotos z „ostatniej rodziny”, co ekonomicznie rozumiem, ale co bibliofilsko w ogóle mnie nie interesuje.

4) grzbietowa niekonsekwencja
przekraczasz próg czyjegoś domu i pierwsze, co robisz, to zapoznajesz się z biblioteczką, a mimochodem ćwiczysz mięśnie karku. bo niemożliwym jest ustawić książki tak, by tytuły na ich grzbietach harmonijnie współistniały. drodzy redaktorzy techniczni, jeśli tego nie wiecie, to oświaty kaganiec wam powie – zasada jest taka, że książka, położona twarzą do góry, powinna mieć czytelny grzbiet bez konieczności stawania na głowie. ależ proszę.

5) rożne kolory tomów jednej serii
mam to skrzywienie, że układam książki kolorami, wydaje mi się jednak, że problem dotyczy nie tylko estetycznych freaków. bo oto jest się szczęśliwym posiadaczem wszystkich wydanych dotychczas walk, stoczonych przez karla ovego knausgårda (premiera kolejnej już 24 listopada, tak tylko przypominam), z których łatwiej byłoby odbudować tęczę na placu zbawiciela, niż je sensownie ulokować na półce. wtedy na chwilę zamieniasz się w drama queen i komplikujesz hamletowskie być albo nie być, rozkminiając: czy warto rozdzielać serię wydawniczą, by być w zgodzie z wewnętrznym feng shui? dochodzisz do wniosku, że oczywiście nie warto, ale trochę cierpisz za każdym razem, gdy wzrok kierujesz w stronę czterech tomów „mojej walki”. na szczęście w posiadaniu masz także piękną w swojej skromności serię dzieł milana kundery, którą wydał państwowy instytut wydawniczy – okładki czarne, font biały jak śnieg, grzbiety w jedną stronę. daje ci to siłę, by jednak dalej pchać pod górę nielekki przecież głaz mola książkowego.

6) fantazyjne formaty
niejednej książki nie weźmiesz do tramwaju, bo ci się nie zmieści do plecaka, w domu też średnio masz co z nią zrobić, chyba że należysz już do wyższej klasy średniej i zamiast regału z ikei sprawisz sobie półki na wymiar. sprawa dotyczy zwłaszcza książek dla dzieci, wydawanych w formie jeży, rombów i ośmiokątów (w rozmiarze – a czemu by nie – XXXL). wielkość ma znaczenie, ale doprawdy, niekoniecznie w świecie książek.

więcej grzechów wydawców nie pamiętam. jeśli uważasz, że książkom nie robi się czegoś jeszcze, śmiało wylewaj żale.

17 komentarzy

  1. Przez całą lekturę grzeszków wydawców zgrzytałam zębami. Jak ja to wszystko doskonale rozumiem!

    Chociaż przyznam, że przypisy już mi tak strasznie nie przeszkadzają odkąd mam Kindle’a i tak „Beksińscy: Portret podwójny” na czytniku ma odesłania do przypisów, które pojawiają się w małym okienku. Z drugiej strony zdjęcia z książki na czytniku były czarno-białe więc coś za coś…

    Ale za to przeszkadzają mi jeszcze, gdy mając pokaźną biblioteczkę mogę się w niej natknąć na kilka łudząco do siebie podobnych okładek zupełnie innych książek! Nie wiem, czy wydawnictwo wtedy kupuje projekty okładek na jakiejś promocji? Czy naprawdę nikt nie zauważa w tym niczego złego?

    Osobiście denerwuje mnie też słaba korekta. Rozumiem, że błędy mogą się zdarzyć, wszak korektor też człowiek, ale jeżeli błędy znajduję w co drugim zdaniu to już chyba raczej nie niedopatrzenie tylko kompletna ignorancja.

    I jeszcze bardzo, bardzo, bardzo denerwujące jest rozbijanie książki, która w oryginale występuje w jednym tomie, na dwa lub więcej tomów. Żeby tylko ten czytelnik kupił te dwie-trzy książki, a nie jedną. A już największą tragedią jest brak wspomnienia o tym, że dana książka jest jednym z tomów, jak ma to miejsce w „Ostatniej arystokratce”. Dopiero z ostatniej strony dowiedziałam się, że to tylko część historii i aby poznać dalszy ciąg muszę zakupić kolejny tom!

    Dobrze, że istnieją jeszcze wydawnictwa, które większości z tych błędów unikają.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      o tak, z korektą bywa fatalnie. sama się nią trudnię i naprawdę rozumiem, gdy zmęczone oko przepuści błąd jeden lub dwa, ale całe stado absolutnie jest nie do przyjęcia. właśnie dlatego czytań jest kilka i to przez różne osoby. to znaczy w dobrym wydawnictwie ;) z kolei jeśli chodzi o dzielenie książki na tomy, to sprawa nie jest chyba taka prosta, poniżej pisał o tym kuba – bo co, gdy tomiszcze spokojnie mogłoby zastąpić hantel? ;)
      pozdrawiam!

  2. k. k.

    Jakkolwiek miałoby to zabrzmieć banalnie, irytują mnie zbyt gruuuuuube wydania. Co nie znaczy, że ich nie czytam. Ale weźmy na przykład takie Łaskawe, gdy nie przytrzymujesz zdecydowanie ręką, to strony Ci się same przewracają. Nie mówiąc już, że nie idzie z takim tomem współżyć w innej pozycji niż tylko na siedząco przy stole, a jest przecież tyle innych miejsc do dobrego czytania. Jak można ponad 1000 stron upchnąć w jednym tomie? Litości! Czy to encyklopedia? ;-) Ps. Dzięki za przypomnienie daty premiery KOK, stęskniłem się już trochę za nim.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      o tak, niektóre tomiszcza to chyba tylko jak w średniowiecznym skryptorium – na stojąco, przy pulpicie. na przykład „księgi jakubowe”, no do łóżka z nimi nie sposób było, nie lubię tego. choć encyklopedia to z nich trochę jest – życia ;) i że panie jakubie, czy „jesień” pana jednak nie zawiodła mocno? choć w niniejszym zestawieniu by się absolutnie nie znalazła, nie wiem, czy można książkę wydać piękniej :)

      • k. k.

        właśnie słyszałem, że „jesień” rozczarowuje. poczekam, aż zakończy się moja walka i pomyślę o czterech porach roku. póki co odnajdywanie siebie w tych kolejnych tomach w zupełności zaspokaja moją potrzebę na knasugarda. chodzą za mną te księgi jakubowe i będę musiał w końcu przeczytać. miłej niedzieli pani małgosiu :-)

  3. elfijka elfijka

    Mnie irytuje np. seria „Reportaż” Czarnego. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ona nie ma jednego rozmiaru. Mają chyba z sześć różnych, a choć półki są robione na wymiar, to i tak jest to pewien kłopot, aby wszystkie stały obok siebie. Do tego nieładnie to wygląda. Boleję nad tym ogromnie, bo uwielbiam tę serię.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      łączę się w czarnym bólu!

  4. Płaskie grzbiety w większych tomiszczach, których po prostu nie da się nie złamać podczas czytania. A jak się już złamie, to serducho boli :c.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      o tak, dzięki! zapomniałam, że moje też wtedy boli!

  5. asia asia

    Klejenie ksiazek z jednoczesnym pominieciem wewnetrznego marginesu to moje wielkie utrapienie. Wlasne egzemplarze po prostu wylamuje ale pozyczone nie daja sie uzywac…
    Brak opisu z tylu tez potrafi uprzykrzyc zycie. Szczegolnie kiedy wpadam do ksiegarni z planem „przeczytam COS autora X”. Szczegolnie kiedy ten jest dosyc plodny, wybierz tu czlowieku.

  6. Czytelnik Czytelnik

    Mnie do furii doprowadzają nie wydawcy a „użytkownicy” książek, którzy zamiast używać zakładki, zapamiętywać numer strony, na ktorej skończyli czytać(bo takie egzemplarze tez znam, chociaz ja preferuje zakładki zrobione z niczego) to zaginają róg kartki i pózniej to zagięcie juz tak zostaje na zawsze ;(

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      adrian, trafiłeś pod zły adres, bo ja tak książkom robię – kreślę i zaginam, z wielką nadzieją, że te ślady właśnie zostaną na zawsze, dzięki czemu po latach będę mogła wrócić do tego, co mnie kiedyś jakoś tam poruszyło. oczywiście staram się używać w tym celu cywilizowanych znaczników, no ale nie zawsze mam je pod ręką. robię tak jednak tylko swoim własnym książkom, bo są moje i bo mogę – bardzo mnie denerwuje, gdy ktoś traktuje w ten sposób egzemplarze biblioteczne.

    • elfijka elfijka

      Zgadzam się. Mnie też to bardzo denerwuje. Sama tak nie robię i rozumiem, że ktoś może zaginać rogi SWOIM księgom, ale tym bibliotecznym? Straszne.

  7. W moim piekle byłaby Franaszkowa biografia Miłosza. Przypisy ciągną się od strony 757 do 903 i znajdź tam ten, którego potrzebujesz. Czytałam to z dwiema zakładkami i w duchu przeklinałam. Albo nie w duchu, też możliwe.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      brzmi jak prawdziwy koszmarek! a ta lektura jeszcze przede mną…

  8. „zasada jest taka, że książka, położona twarzą do góry, powinna mieć czytelny grzbiet bez stawania na głowie”.
    Tez nie wiem, jak oni to robią :D i w ogóle zgadzam się tu z wszystkim, a zwłaszcza z pkt 1, który mnie wkurza niemiłosiernie. No gdzie ci ludzie mają mózg, żeby przypisy na końcu umieszczać. Wlaśnie ostatnio o tym myślałam. Najgorsze, ze wolę zrozumieć mniej niż wertować.

    • małgosia zdanewicz małgosia zdanewicz

      najgorsze, że ja czasem też ;)

Dodaj komentarz