Skip to content

i co się gapisz?

439440_elephant

na zdj. kadr z filmu ‚człowiek słoń’ (1980), reż. david lynch

niezbyt wiele centymetrów wzrostu albo tychże więcej niż dwieście, alergia wziewna, garbaty nos, tendencja do tycia, kurza ślepota, ósemki do wyrwania – z repertuaru rozmaitych przypadłości mnie dotknęła ta ostatnia. sam akt ekstrakcji bolesny nie był wcale; pan doktor powiedział mi później, że to z powodu dousznej aplikacji jana sebastiana bacha, praktykowanej w jego gabinecie, jednak moim zdaniem zasadniczą rolę odegrały tu niemałe pieniądze (można by za nie kupić co najmniej 10 nowych książek, i to w twardych oprawach, psiakostka), które na ten zabieg wyłożył mój tata.

ostatecznie trochę pocierpieć mi przyszło, ale też nie jakoś wielce, gdyż ulgę przynosił mi przeciętny lek przeciwbólowy dostępny bez recepty. ten tekst zresztą nie będzie toczyć się o ból fizyczny, lecz o ból współistnienia. z idiotami.

zaczęło się od tego, że spuchł mi lewy policzek mojej skądinąd niebrzydkiej twarzyczki. nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo w dzieciństwie naczytałam się „małego księcia”, w którym exupéry tłumaczy, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, co też bez wahania przyjęłam wówczas za aksjomat (i co do dziś zdarza mi się powtarzać w chwilach upojenia alkoholowego). jako że zdecydowanie nie byłam obłożnie chora, postanowiłam zaszczycić uczelnię moją obecnością. przy okazji wygrałam los na loterii: miłość akurat stała w korku (katowice, miasto ogrodów), dlatego całą drogę do instytutu z nią przerozmawiałam, nie bacząc na osoby po drodze mijane.

gdy przekroczyłam wrota wydziału filologicznego zetknęłam się z doktorem poprawą, który na mój widok wyartykułował ojej, dzień dobry. sympatyzujemy ze sobą (to uroczy człowiek, gdy pracowałam jeszcze w kinie, zaglądał na kasę, aby mi się ukłonić), dlatego ostatecznie jego reakcję uznałam za komplement, działający na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę – że na co dzień to jest jednak dużo lepiej. załatwiłam, co miałam załatwić i wyruszyłam w drogę powrotną (najlepszą, bo do łóżka wiodącą).

znakomity „człowiek słoń” davida lyncha zawiera chyba najbardziej poruszającą scenę w historii kinematografii – tę, gdy osaczony merrick podejmuje rozpaczliwą próbę zaakcentowania swojego człowieczeństwa, krzycząc, że nie jest zwierzęciem, że jest istotą ludzką. gdy wsiadłam do autobusu komunikacji miejskiej mi również na usta zaczęły cisnąć się słowa I am not an animal! I am a human being!. bo wszyscy się, kurwa, na mnie gapili.

to, co zazwyczaj bywa przyjemne i próżność łechce, tym razem irytowało, bo spowodowane było nieproporcjonalnością moich policzków. szczęśliwie charakterek mam dość przekorny, trzymałam więc głowę, tak, jak trzymać ją należy – do góry, i po prostu zabijałam wzrokiem każdego, kto raczył wpatrywać się we mnie przez dłużej niż sekundę.

dziś po opuchliźnie nie ma już nawet śladu, ale ta historia nadal nie daje mi spokoju. bo myślę sobie, że mi łatwo było buńczuczną być i bawić się w bazyliszka, wiedząc, że za kilka dni rysy mojej twarzy wrócą do normy. ale co jeśli by się jednak nie uregulowały? całe życie miałabym być ofiarą spojrzeń, rzucanych krzywym okiem? a może miałabym spuszczać głowę i pokornie to znosić? niedoczekanie.

domyślam się, że nie każdy trafił na tak mądrą matkę, jak moja, przez co mógł nie dowiedzieć się w dzieciństwie, że otwieranie ust ze zdziwienia i gapienie się na kogoś, kto się od nas różni, jest zwyczajnie niegrzeczne i przystoi tylko burakom. szczęśliwie bardzo lubię buraki. zjadać.

2 komentarze

  1. Xyz Xyz

    Bardzo ciekaw sprawy ujęcie, ladny głos w bardzo ważnej kwestii. Pozdrawiam.

    • mazda mazda

      dziękuję! :)

Dodaj komentarz