Skip to content

gruszki na wierzbie

już jakiś czas temu, bo gdy miałam sześć lat (w zasadzie to nadal je miewam, wymiennie jednak z sześćdziesięcioma), pani psycholog kazała mi narysować drzewo. – prościzna, pomyślałam i ochoczo przystąpiłam do działania. co prawda dobrej kreski dorobiłam się później, po latach eksperymentów z eyelinerem, niemniej moje drzewko miało wszystko, co każdy szanujący się okaz tego typu posiadać powinien: korzenie, pień, gałęzie, liście. dobrane przeze mnie barwy odpowiadały zasadzie mimesis, o istnieniu której co prawda jeszcze nie wiedziałam, ale którą już przeczuwałam. problem polegał na tym, że na rysunku widniały różne owoce: gruszki, jabłka, wiśnie. na tej podstawie pani psycholog powiedziała później mojej mamie, że jestem „rozpuszczona jak dziadowski bicz”.

jestem daleka od uważania psychologii za królową nauk, lecz postawiona mi diagnoza była niewątpliwie słuszna. do dziś podejście do życia mam raczej eudajmonistyczne i zwykłam robić jedynie to, na co naprawdę mam ochotę, a już na pewno czynię to w pierwszej kolejności. zasadę „najpierw obowiązki, później przyjemności” traktuję więc jako niedościgniony ideał, do którego czasem udaję, że dążę (głównie po to, aby rodzicom było miło). dziś w przypływie serdeczności postanowiłam zrobić dobrze mojemu pracodawcy i najpierw stworzyć moje copywriterskie coś o niczym, a później spokojnie oddać się lekturze książki, na którą długo czekałam w bibliotecznej kolejce, a która właśnie dziś miała trafić w moje ręce. kwadrans po 15 swoją mission mogłam już określić mianem acomplished, upudrowałam więc nosek i wybrałam się do przybytku, który dawniej nazywano bardzo pięknie – książnicą.

wyrażenie „pocałować klamkę” jest na pewno eufemizmem z czasów, gdy mówienie o opluciu tejże byłoby jeszcze w złym tonie, nie wierzę bowiem, że można być czułym wobec drzwi, które właśnie przed nami zamknięto. czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć mi dlaczego biblioteka, szczycąca się mianem dolnośląskiej (patrz: północna pierzeja rynku miasta wrocław), jest w środę – czyli epicentrum tygodnia – czynna jedynie do 15:30? pytam absolutnie poważnie, chciałabym móc sobie jakoś wytłumaczyć tę kuriozalną sytuację. ja swoje arcydzieła/chałturki (nieodpowiednie skreślić) piszę głównie po nocach i bywa, że o 15 to dopiero zmywam po śniadaniu.

pointa jest taka, że chciałabym, aby na drzewach moich przyszłych dzieci rosły gwiazdy, ziemniaki albo dragon balle. cokolwiek sobie tylko wymyślą. bo spod tych „poprawnych” okazów to jedynie spierdalają przyjemności.

Be First to Comment

Dodaj komentarz