Skip to content

gdybyś miała wybrać życie, zaczyna

1. w jednej z nieskończonej liczby żydowskich przypowieści król postanowił dać jeszcze jedną szansę mężczyźnie skazanemu na karę śmierci. rozciągnął nad przepaścią cienką linę i oznajmił, że jeśli więzień przejdzie po niej na drugi brzeg, daruje mu życie, ten podjął więc próbę. stawiał stopy niepewnie; raz wydawało się nawet, że traci równowagę już na zawsze, ostatecznie jednak się udało – dotarł do celu. zapytany, jakim cudem, odpowiedział: – po prostu szedłem powoli, a gdy znosiło mnie w jedną stronę, przechylałem się w drugą

2. ekshibicjonizm to również forma porządkowania doświadczenia. odwrotnie do ruchu wskazówek zegara: poduszek w bród, ale najlepszą ramię, przeciąganie liny, zachłyśnięcie się maleńką książeczką czytaną w podróży do sanoka, której początkowo nawet nie chciałam kupić, bo ma zieloną okładkę (lem, lem jest fantastą, pisze, że przybysze są zieloni jak ciasto kiwi). brzuch pierwszy raz bolący tak z nerwów (łatwe nie rozwija). podczas spacerów z sobuszką nadkładałam drogi o kwitnące lipy, a jeszcze wcześniej uszyłam na miarę (kocham cię, szycie) zdanie o łzach występujących z brzegów powiek. w ogóle – dźwigacz powieki, jest taki mięsień

3. pleijel: gdybyś miała wybrać życie, zaczyna. gdybyś miała wybrać między takim życiem, które jest z góry określone, gdzie wszystko toczy się spokojnie, nie zdarzają się żadne większe nieszczęścia, nic nieoczekiwanego. a innym życiem, pełnym skał i przepaści, rozpaczy i przybicia, ale w którym są również wspaniale wzgórza, zachwyt, prawda i momenty olśnienia – które życie byś wybrała? (kiedy zimą kładłam ich obok siebie na nocnym stoliku, agnetę pleijel i macieja zarembę bielawskiego, nie wiedziałam jeszcze, że są małżeństwem. ani że przyjdzie mi pokochać obydwoje za najintymniejsze z próz. bardzo ładna ta koincydencja)

4. i że na wagę złota są zdania, które nie rozpadają się, gdy tylko pstryknąć w nie palcem (tego kwiatu to pół światu)

5. kilka niedziel temu umówiłam się z anią, która mogłaby być moją mamą, a jest koleżanką z pracy, na grzybobranie. musiałam dotrzeć do niej bladym świtem i dość daleko, dlatego zamówiłam taksówkę. wsiadam w kaloszkach, kładę na fotelu wiklinowy koszyk, a pan taksówkarz mówi do mnie: – jak to miło w niedzielę o szóstej nad ranem wieźć dziewczynę jadącą na grzyby, a nie odwozić ją do domu z greya. grzybów wtedy jak na lekarstwo (a znalazłybyśmy, bo mamy czarne pasy w dostrzeganiu podwójnych spacji czy kropek postawionych kursywą), ale clou tej historii jest to, że gdy w końcu jeden się napatoczył, z radości po prostu się przytuliłyśmy

Be First to Comment

Dodaj komentarz