Skip to content

pobite gary, czyli dlaczego nie lubię gotować

zdj. ‚śpiąca królewna’ (1959)

statystyki interesują mnie raczej średnio, bo wiadomo – gdy idę na spacer z psem, to teoretycznie oboje mamy po trzy nogi, jednakże wieści dobiegające z kulinarnego frontu są doprawdy zatrważające: podobno aż 70% kobiet deklaruje, że nie lubi gotować! kilkaset lat temu za podobne herezje lądowało się na stosie, a jeszcze na początku wieku ubiegłego można było z tej przyczyny wieść nieciekawy żywot starej panny. dziś nasza globalna wioseczka jest o wiele bardziej wyrozumiała dla kucharek wierzących, ale niepraktykujących (o tempora, o mores!). co osobiście bardzo mnie cieszy, bo książki kucharskie to jedyne publikacje, w których nie gustuję.

jem po to, żeby żyć, a nie odwrotnie. w świat chochel, durszlaków i naczyń żaroodpornych wkraczam więc rzadko i w ogóle raczej niechętnie, bo kolację kupię w sklepie, ale książki nikt za mnie nie przeczyta (na szczęście). nie żeby ludzkie odruchy były mi obce – także lubię zrobić dobrze kubkom smakowym moich bliskich, bliższych i najbliższych, ale na Boga, kiedy mam ochotę, a po całym dniu pracy to mogę raczej nie mieć.

jeśli naprawdę lubisz gotować, to doskonale, pasjonatów nigdy dość (z wyjątkiem narodowców i pseudokibiców). ja obłędnej przyjemności w gotowaniu nie odnajduję. już tłumaczę dlaczego.

10 powodów, przez które nie lubię gotować:

1. nie jestem od tego

gdy szwankuje mi zegarek, zanoszę go do zegarmistrza, a jeśli chcę mieć na stole bukiet świeżych kwiatów, nie muszę od razu organizować sobie rabatki pod oknem. świat tak właśnie działa: ludzie wybierają różne profesje, a później świadczą sobie nawzajem usługi. dajmy zarobić mistrzom kuchni, przecież oni także muszą wrzucić coś na ząb.

2. nie dlatego, że nie potrafię

bzdura, z którą przychodzi mi stawać w szranki za każdym razem, gdy otwarcie sprzeciwiam się spędzaniu pół dnia przy garach. otóż gdybym musiała startować w narciarskich igrzyskach olimpijskich, czekałaby mnie pewnie paraolimpiada, co jednak nie przeszkadza mi w entuzjastycznym praktykowaniu białego szaleństwa.

3. jest tyle ciekawszych rzeczy do zrobienia

zanim się urodziłam, james joyce zdążył już napisać „ulissesa”; pełzałam jeszcze, gdy do kin trafił „edward nożycoręki” tima burtona, a daniel day-lewis odbierał swojego pierwszego oscara za rolę w „mojej lewej stopie”. człowiek pojawia się na tym łez padole z zaległościami, które później przez całe życie stara się nadrobić. trzeba mieć jakieś priorytety.

4. mam w nosie konwenanse

na szczęście słowa hrabiego Aleksandra Fredry „dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi” nie wymagają dziś rozbudowanego komentarza krytycznego. pamiętajmy, że do serca to trafia się jednak inaczej, niż przez żołądek (choć owszem, dochodzić można także w kuchni).

5. siatki z zakupami są ciężkie

jak głosi ludowa mądrość: „bez mąki chleba nie upieczesz”, a tej z kolei nie sprzedają w H&M. można być w życiu odważnym jak lew czy pracowitym jak mrówka, ale wielbłądem inspirować się nie warto.

6. ryzyko poniesienia uszczerbku na zdrowiu

rozgrzany olej ma do siebie to, że pryska, obcowanie z wrzątkiem nie jest korzystne dla żadnego typu skóry, a skoro nawet ludzie bywają tępi, to co dopiero noże.

7. czasem się nie udaje

nietrudno przegrać dobrą strawę: cukier jest łudząco podobny do soli, makaron o statusie al dente od tego rozgotowanego dzieli jedynie okamgnienie, a mieszanie składników tylko w jedną stronę zakrawa przecież na nudę bezbrzeżną.

8. halo, jest tu mit do obalenia: wspólne gotowanie

pitraszący wychwalają pitraszenie za to, że pitrasząc, mogą spędzić czas z rodziną inaczej, niż siedząc przed telewizorem. braku kreatywności można jedynie współczuć (umówmy się, to nie jest jedyny sposób na podtrzymanie temperatury domowego ogniska), poza tym konia z rzędem temu, u którego w domu nie panuje zasada: ziemniaki obiera ten, kto pierwszy wraca z pracy.

9. efemeryczność efektów

clou mojego programu. bo coś tu jest nie tak: dwie godziny krzątasz się między blatem, lodówką a zlewem, by w kilka minut zniweczyć swój wysiłek konsumpcją. najgorsze, że to neverending story: za kilka godzin znowu zaburczy ci w brzuchu. obstawiam, że właśnie stąd wzięła się moda na robienie zdjęć pełnym talerzom (w kuluarach mówi się, że po takiej sesji posiłki trzeba jeszcze raz podgrzewać): czas może i zmarnowany, ale na deser będą przynajmniej lajki.

10. nigdy nie będę nigellą lawson

i niestety prędzej dorobię się podobnej tuszy czy problemów osobistych, niż ekipy telewizyjnej, która pozmywa za mnie stertę brudnych naczyń.

2 komentarze

  1. e123wa e123wa

    Ja też tego nie znoszę, od dziecka uciekałam mamie z kuchni, nie dawałam się niczego nauczyć. Dopiero na studiach zaczęło się własnoręczne gotowanie i dopiero wtedy zrozumiałam jak bardzo tego nie lubię. Gotuję już tyyyle lat, że sumie to już coś potrafię ale i tak źle mi gdy gotuję. Mam dokładnie to samo co autorka opisuje w punkcie 2 i 3 – poczucie, że tylko marnuję czas wykonując setkę czynności po to żeby przez chwilę nie być głodna, a potem znowu to samo… Jedyne co mnie trzyma przed tym by skończyć swoje męki to pieniądze niestety, kupowanie gotowego jest albo tanie i niezdrowe albo drogie i zdrowe. Na tanie szkoda zdrowia a na zdrowe – pieniędzy.

  2. Łucja Łucja

    O! Też nie lubię – a nawet nie znoszę – gotować. Ale może też dlatego, że zwyczajnie nie umiem, nie wiem, jaki algorytmem to gotowanie się rządzi – zawsze muszę zrobić coś źle. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę z tego, że to przydatna umiejętność i, przyznaję, z chęcią oglądam te piękna zdjęcia potraw, o których moje: kulinarna ułomność i niezdarność mogą tylko pomarzyć.

Dodaj komentarz